Sziszi – po gruzińsku strach.

Jest czwarta w nocy. Nawet nie nad ranem, bo świt będzie tu za pięć godzin. Dosłownie czuję jak mroźny oddech kaukaskiej zimy powoli przejmuje moje ciało. Kawałek po kawałeczku. Palec po palcu. Zimno.

Półokręgiem otaczamy malutkie jeziorko. Człowiek przy człowieku. Razem trochę cieplej. Mężczyźni, kobiety, młodzi, starzy. Ktoś ubrany w puchową kurtkę, ktoś inny w samym podkoszulku. Jedni szcżękają zębami z zimna, na innych ten mróz jakby nie robił wrażenia. Zimowe buty, klapki, adidasy. Rękawiczki, czapki i szlafroki. I ręczniki.

Czekamy.

Ojciec Anubi wyróżnia się z tłumu. Długa, czarna sutanna, równie czarna broda. I oczy. Tak błyszczące, rozświetlone dobrą, nieopisaną energią oczy widuję tylko u kaukaskich mnichów. W obydwu dłoniach trzyma duży, bogato zdobiony krzyż. Przemawia żarliwie już od godziny. Mimo mrozu udaje mu się utrzymać uwagę wszystkich. Mój kulawy gruziński wyłapuje kilka słów. Najczęściej powtarzają się sziszi (შიში) -strach i michwars ( მიყვარს) – miłość.

Miłość ma przezwyciężyć strach tej nocy, w małej, gruzińskiej wiosce na jednym z końców świata. Księżyc nam świadkiem, że droga do oczyszczenia wiedzie przez to małe, zamarznięte jeziorko. Dzamas Cheoba. ძამას ხეობა – dzień wspomnienia chrztu Jezusa w Jordanie. Dzisiaj, dziewiętnastego stycznia,  możemy zmyć z siebie winy, zanurzając grzeszne ciała w lodowatej wodzie, w wyrąbanym przed chwilą przeręblu.

Ojciec Anubi kończy kazanie i z pieśnią na ustach, odprowadzany przez kilkadziesiąt par oczu rusza w kierunku wody. Jest uosobieniem wiary i braku lęku. Lekko tylko drga mu głos, kiedy do pasa wchodzi do lodowatej wody. Będzie stał w niej przez najbliższe 30 minut, osobiście dopilnuje, aby każdy z wiernych zanurzył się z głową 3 razy w przeręblu.

Za ojcem jak w transie ruszają wierni. Jeden po drugim, w kolejce, spokojnie wchodzą do przerębla, bez zająknięcia zanurzają się w lodowatej wodzie. Dopiero po wynurzeniu jakby się ocknęli. Ktoś wybiega, ktoś szybko łapie zawieszony na pobliskiej gałęzi ręcznik, ktoś inny próbuje rozgrzać ręce. Biegną do zaparkowanych niedaleko samochodów, chowają się przed zimnem, które nagle wkradło się w ich przemoczone ciała. Po 30 minutach rytuał jest zakończony. Małe, zamarznięte jeziorko na gruzińskim końcu świata zostaje na powrót przejęte przez wszechobecną  zimę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *