Javakheti, Gruzja

Decyzja o wyjeździe do regionu Javakheti była bardzo spontaniczna i nawet nie zdążyłam na mapie sprawdzić dokładnie gdzie jadę. Południowy-wschód, granica z Armenią – tyle wiedziałam. Wzięliśmy namiot, herbatę, ciepłe śpiwory i nadzieję, że jakoś to będzie. Jak zawsze w Gruzji.

Pierwszym złapanym autem, przy muzyce Niaza Diasamidze dojeżdżamy do jeziora Paravani, które pojawia się niespodziewanie na wysokości ponad 2000 metrów. Na jego brzegach przycupnęło kilka niepozornych wiosek. Stuletnie chatki, rybackie sieci, stosy kiziaku (suszone krowie łajno stosowane tu jako opał, ze względu na brak drzew) Ormianie, Rosjanie, Ukraińcy. Po gruzińsku mówią nieliczni. Życie tu jest surowe, wymagające i nieskomplikowane, jak i bezleśny, stepowy krajobraz.

Surowe piękno wioski i otoczenia wciąga nas na kilka godzin. Szybko zostajemy zauważeni przez mieszkańców, zaproszeniom na kawę/ ser / wódkę nie ma końca. Katia jest nauczycielką z pobliskiej szkoły, w której uczy się czterdzieścioro dzieci. Gości nas w skromnej, dwustuletniej chacie. Po klepisku wałęsa się mały kociak, znajda. Pijemy rozgrzewającą kawę z plastikowej kawiarki. Katia dzieci ma już odchowane i chciałaby stąd wyjechać, najchętniej do Rosji. Mąż nie chce, ale jak się Katia uprze to spakuje walizki i mąż nie będzie miał wyjścia.

Slavic mieszka kilka domów dalej. Jako jeden z niewielu w wiosce mówi po gruzińsku. Na pobliskich pastwiskach jego rodzina wypasa 50 krów. Z mleka robią wyborny, pleśniowy ser, który sprzedają na targu w Tbilisi. Pierwszy raz taki jem. Jest naprawdę przepyszny. Od wiosny do jesieni cała rodzina mieszka tu, na zimę wyjeżdżają do Tbilisi, bo zima w Paravani nie jest lekka.  Jak śnieg zasypie dojazdową drogę to cała wioska tygodniami jest odcięta od świata. Slavic kocha to miejsce i nie zamieniłby je na żadne inne. Gdzie jest taka pustka, cisza i zależność od natury? Trochę go rozumiem, nasza decyzja o ruszeniu w dalszą drogę podyktowana jest tylko i wyłącznie rozsądkiem i zbliżającym się zmrokiem.

Do Troitskoye, malutkiej wioski położonej na granicy z Armenią docieramy wieczorem. Idziemy nad jezioro Madatapa. Zmierzcha, siąpi deszcz, jest dość zimno i umiarkowanie przyjemnie. Po godzinnym spacerze brzegiem jeziora zaczynam planować najbliższą przyszłość.

 Słuchaj, musimy chyba coś postanowić. Rozkładamy teraz namiot tu, nad brzegiem czy idziemy jeszcze te 2 kilometry do najbliższej wioski, zobaczyć co tam się dzieje i rozbić się bliżej ludzi?

Dokładnie w tym momencie znikąd pojawia się samochód.

Massis nie da nam zmarznąć dzisiejszego wieczoru. Jest gospodarzem tej części Parku Narodowego Javakheti i czuje się odpowiedzialny za wszystkie stworzenia na jego terenie. W tym wypadku za nas. Przy akompaniamencie naszych mało przekonujących protestów zabiera nas do swojego domu. Oglądamy seriale Bollywood tłumaczone na ormiański, słuchamy opowieści byłego kłusownika a dziś zagorzałego obrońcy zwierząt i rozkoszujemy się przyjemnym ciepłem kozy, opalanej oczywiście kiziakiem. Okazuje się, że Massis ma z Andreyem (moim towarzyszem podróży) nie tylko wspólnych znajomych, ale też wspólną pasję – ptaki. Przez całe życie nie nauczyłam się tyle o migracji, gniazdach, okresach lęgowych, gatunkach i populacji, co tego wieczoru. Najbardziej ucieszyła mnie wiadomość, że na jeziorze Madatapa można spotkać flamingi i pelikany! Jest po co wracać.

One Reply to “Javakheti, Gruzja”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *