Abchazja część 1

– Uważaj na siebie, tam jest bardzo niebezpiecznie! (wszyscy)

– Abchazja? To gdzieś w Rosji? (Polak i Rosjanka)

– Abchazja?! Bardzo zazdroszczę, marzę, żeby tam pojechać! (Gruzini w liczbie mnogiej)

 

Na początek, dla dociekliwych acz niezorientowanych, rozwiewam wątpliwości geograficzne:

źródło: www.en.wikipedia.org

Abchazja w lokalnym języku to Apsny – kraina duszy. Abchazja nie jest krajem jakich wiele. Dla większości świata nie jest nawet krajem. Niepodległość ogłosiła w 1992 roku, po upadku Związku Radzieckiego. Gruzja natomiast uznała Abchazję za część swojej republiki. Konflikt ten doprowadził do krwawej wojny. W jej wyniku Abchazja utrzymała swój status, choć nie został on uznany przez żadne państwo. Po latach kompletnej izolacji, międzynarodowych sankcji, na fali rosyjsko-gruzińskiej wojny w 2008 roku Rosja uznała niepodległość Abchazji, stając się jej największym sojusznikiem i pogłębiając wrogie stosunki z Gruzją. Konflikt abchasko-gruziński nigdy nie został formalnie zakończony.

Próba zrozumienia historii i obecnej sytuacji tego skrawka Kaukazu jest tym trudniejsza, im bardziej zagłębiam się w temat. Kaukaski kocioł mniejszości narodowych, etnicznych, religijnych. Abchazowie, Gruzini, Estończycy i inni ( nawet Afro-Abchazowie – mniejszość przybyła najprawdopodobniej w XVII w. jako niewolnicy z Afryki, którzy pracowali tu na plantacjach cytrusów). Konflikty, przymierza i unie. Do tego dodajmy Związek Radziecki z jego polityką przymusowych przesiedleń. I tak geneza powstania tego państwa oraz jego konfliktu z Gruzją zamienia się w niezwykle barwny zawrót głowy.

Każdy pisze swoją historię, a prawda jak powiadał profesor Bartoszewski „leży tam, gdzie leży”. Niestety, ze względu na bardzo ograniczoną komunikację między Gruzją, a Abchazją dialog zarówno na poziomie oficjalnym jak i nieoficjalnym jest utrudniony. Skutek jest taki, że Gruzini niewiele o Abchazach wiedzą (poza oficjalną narracją rządu) i vice versa.

W Sukhum, stolicy Abchazji, przypadkowo trafiam do Muzeum Wojny. W odnowionej kamienicy  dominuje pustka. Ogromne sale są tylko częściowo zagospodarowane, wygląda na to, że jestem jedynym gościem. Przy wejściu wita mnie Katia. Pracuje w muzeum i chętnie mnie oprowadzi. Muzeum zostało otwarte 2 lata temu, pracownicy wciąż zbierają od miejscowych eksponaty na wystawy. Spacerujemy po przestronnych, wysokich salach, a ja poznaję abchaską wersję historii regionu i konfliktu. Zaczynając od powstałego w 780 roku Królestwa Abchazji, przez wielorakie unie i przymierza z sąsiednimi państwami, w tym Gruzją, proklamowanie Abchaskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, która w 1921 roku weszła w związek z Gruzją na równych prawach, przymusową gruzinizację tych terenów w czasach radzieckich, aż do pamiętnej wojny z 1992 roku. Katia ma korzenie gruzińskie, wychowała się w Rosji, a do Abchazji przywiodła ją miłość. Na dłuższą chwilę przystajemy przy gablocie upamiętniającej zasłużonego wojskowego. Z czarno-białej fotografii spogląda na nas przystojny mężczyzna, mąż Katii. Poznali się w Rosji, do Abchazji przyjechali ze względu na jego pracę. Mąż Katii zakochał się w tym miejscu i nie chciał wyjeżdżać. Zmarł kilka lat temu, ale Katia postanowiła tu zostać i oddać się pracy w muzeum.

Katia ze łzami w oczach opowiada o wojnie w 1992 roku,  ochotnikach z krajów kaukazu północnego, którzy bezinteresownie wsparli Abchazję w czasie wojny, o zestrzeleniu śmigłowca z pomocą humanitarną przez Gruzinów. Nie wspomina o 250 tysiącach Gruzinów którzy w wyniku wojny musieli uciekać z Abchazji, tak jak o wielu innych, trudnych kwestiach.

W Tbilisi, z kolei, byłam na projekcji gruzińskiego filmu dokumentalnego o Abchazji. W dyskusji po filmie padły głosy, że należy skończyć z błędnym nazywaniem wojny z 1992 roku wojną gruzińsko-abchaską, bo była to wojna gruzińsko-rosyjska, a Abchazowie byli tylko narzędziem, wykorzystanym do osiągnięcia rosyjskich celów.

Geneza i historia konfliktu opowiadana z perspektywy Gruzji i Abchazji to właściwie dwie różne historie, interpretujące fakty w inny, często nawzajem wykluczający się sposób. To jeden z powodów dla których tak trudno dwóm stronom konfliktu prowadzić dialog, nie mówiąc o szukaniu wspólnych rozwiązań.

 

O czekaniu

Po 2 godzinach czekania na posterunku gruzińskim przechodzę granicę na rzece Inguri na piechotę. Odprowadzana przez kilkanaście par zdziwionych oczu dziarsko ruszam w 40 stopniowy upał. To tylko kilometr, a ja mam dość bezczynności i czekania na marszrutkę (lokalny środek transportu), która kiedyś się może pojawi i może się do niej zmieszczę.

Za mostem witają mnie pogranicznicy abchascy. Znowu paszport, pozwolenie i znów „trzeba poczekać 5 minut”. Aparatu nie wyciągnę, przysiadam się więc na rozwaloną kanapę „w poczekalni” przed posterunkiem.

Czekamy już godzinę. To znaczy ja. Gruzin czeka dłużej, gdy przyszłam to już tu był. Ma około 60 lat, a przynajmniej na tyle wygląda. Pracuje w Zugdidi, ale mieszka po abchaskiej stronie, w rejonie Gali. Granicę przekracza dwa razy dziennie.

– No czekamy. Codziennie. Każą to czekamy, co zrobić – jest podejrzanie spokojny. Kątem oka  kilka metrów od nas widzę młodego, rosyjskiego żołnierza. Bacznie przysłuchuje się rozmowie.

Moi towarzysze oczekiwania ćmią papierosa za papierosem, rosyjski żołnierz przysiadł się bliżej, obserwujemy ruch na granicy. Ktoś wiezie z gruzińskiej strony całe zaopatrzenie na suprę (tradycyjna gruzińska uczta), babcia przyprowadza ze szkoły wnuczka, który uczy się pewnie w Zugdidi, kobiety wracają z targu objuczone pościelami i garnkami. Wszyscy czekają. Innych przejść granicznych nie ma, zamknęli „ze względów bezpieczeństwa” W przeszłości miejscowi zazwyczaj przechodzili nielegalnie przez okoliczne lasy, oszczędność czasu i pieniędzy, ale odkąd wszędzie zostały zamontowane kamery jest dużo trudniej. Tak więc wszyscy czekamy.

Najważniejszy Pogranicznik wzywa mnie na posterunek i po kilku rutynowych pytaniach (gdzie? po co? na jak długo?) pozwala iść dalej. Gruzin został, jego czekanie jeszcze się nie skończyło. Idę wąskim korytarzem, ograniczonym z dwóch stron drutami kolczastymi, kamery śledzą każdy mój ruch. To jedyny moment na całej granicy, kiedy czuję się nieswojo.

Przede mną jeszcze jedna kontrola. Tej się trochę obawiam, naczytałam się w internecie.  Drobiazgowe kontrole, szczegółowe pytania, godzinne pogawędki, sprawdzanie pieczątek w paszporcie i pieniędzy w portfelu. Lepiej, żeby nikt nie zaczął wypytywać o moje dwa aparaty i resztę sprzętu. Nie mam nic do ukrycia, ale wolałabym nie wspominać, że jestem dziennikarką. Podchodzę do budki niepewnie.

– O, a panienka to ma duży plecak jak na tydzień.

(no tak, dwa aparaty i te sprawy, jest faktycznie spory)

– Jestem dziewczyną więc mam dużo ciuchów ze sobą.

– Mhm. Broń jest? Pociski?

– Nie ma. (prawda!)

– Ok, proszę iść.

Rolę lekko roztrzepanej, zagubionej blond turystki z zachodu przyjdzie mi jeszcze odegrać kilka razy w nadchodzącym tygodniu. Nie czuję się z tym najlepiej,  w końcu nie mówię ludziom prawdy, często ludziom, którzy ze mną rozmawiają i pozwalają mi robić zdjęcia. Zdaję sobie jednak sprawę, że połączenie słów „dziennikarka” + „Gruzja” może sprowadzić tu na mnie tylko jedno – kłopoty. I raczej nikt nie będzie się dopytywał o moje dobre intencje. Wchodzę więc w tą grę, nie mam wyjścia.

… Część dalsza nastąpi wkrótce …

Zdjęcia z granicy pochodzą z drogi powrotnej, kiedy już się nie obawiałam, ze nie zostanę wpuszczona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *